Puzzle
[00:29.71] Wymieszane narko z alko, hardkor, czystki w baniach
[00:32.71] Ucieczka przed samotnością, jakieś dziwki w barach
[00:34.95] Często na własne życzenie był mi bliski dramat
[00:37.95] Dziś powyciągałem wnioski z tamtych blizn i złamań
[00:40.46] Umiem zniszczyć, skłamać i wiem czym jest honor, pizdo
[00:43.70] A mosty, które palę, oświetlają moją przyszłość
[00:45.96] Niech łuny co noc błyszczą, to dla mnie żadna strata
[00:48.95] Jebać tych, którzy widzą we mnie tylko mój awatar
[00:51.70] Z własnej winy w tarapatach, młody głupi Wojtek
[00:54.46] Najebany w sztok gdzieś pod klubem darłem mordę
[00:56.95] W którą sobotę lub piątek zgarnąłem tęgi wjeb
[00:59.71] A los śmiał mi się w oczy jak te świnie z angry birds
[01:02.20] Leciała mi z gęby krew, czułem się w chuj żałośnie
[01:05.21] Jestem zwykłym gościem, żaden ze mnie zapaśnik czy bokser
[01:08.20] I wiem, że na własną prośbę dostałem wpierdol
[01:10.70] Bo żyłem w przekonaniu, że znam kod na nieśmiertelność
[01:13.64] Bo każdy mędrzec jest czasem zwykłym głupcem
[01:16.39] A słowa największego z mówców bywają puste
[01:18.65] Nim urwie się mój hejnał i bezpowrotnie usnę
[01:21.64] Układam na bitach mój własny świat jak puzzle
[01:35.46] Żaden ze mnie matematyk ani Maradona w piłce
[01:37.96] Choć nie były mi obce zdarte podeszwy i sińce
[01:40.71] Wolałem latać z gołym tyłkiem wystającym z shortów
[01:43.46] Bo lepszy był ze mnie błazen niż orędownik sportu
[01:45.95] W pracy mówili "Wojtku, po co ci ten hip-hop?"
[01:48.95] Szczeniackie marzenia w zderzeniu ze światem znikną
[01:51.46] Mogłem odpuścić wszystko, nie przelewać słów na kartki
[01:54.20] Gdybym wierzył w siebie tak jak oni we mnie, byłbym martwy
[01:56.61] W garści chudy portfel, brzęczy trochę drobnych
[02:00.11] Pierwszy mixtape i solówkę pisałem na starej Nokii
[02:02.60] Chciałem podbić całą polską scenę w stylu Cezara
[02:05.36] Szybkie wejście z buta veni, vidi, wypierdalać
[02:08.11] Żyje tym nadal składam historie do rytmu
[02:10.60] Jak cię wkurwia to, co widzisz, to po prostu sobie oczy wydłub
[02:14.11] Chłystku, chcesz mnie zatrzymać? Śnisz
[02:16.11] Prędzej odwrócisz do góry nogami grecki krzyż
[02:19.11] Bo każdy mędrzec jest czasem zwykłym głupcem
[02:21.36] A słowa największego z mówców bywają puste
[02:24.11] Nim urwie się mój hejnał i bezpowrotnie usnę
[02:26.85] Układam na bitach mój własny świat jak puzzle
[02:41.11] Te wszystkie negatywne myśli to niepotrzebny balast
[02:43.60] Puszczam je w siną dal jak trumny na morskich falach
[02:45.86] I okłamałbym cię, mówiąc, że nie wiem czym jest marazm
[02:48.85] I że nie byłem nigdy blisko, żeby się załamać
[02:51.36] Lata temu w podstawówce nauczyciel od fizyki
[02:53.86] Stał nade mną, drąc japę, że w przyszłości będę nikim
[02:56.85] Że skończę na ulicy, już nic ze mnie nie będzie
[03:00.10] Niestety nie dożył chwili, aby skumać, że był w błędzie
[03:02.35] Ten stary belfer zawsze był bałaganiarzem
[03:05.10] A w przeddzień śmierci wyczyścił swój gabinet i klasę
[03:07.86] I słyszałem, że niektórzy ludzie czują, kiedy umrą
[03:10.35] Minął taki szmat czasu, a ja myślę o tym w kółko
[03:13.10] W pokoju półmrok, nie śpię już od dwóch godzin
[03:16.11] Życie bywa czasem ciężkie, więc nie będę mu słodzić
[03:19.35] Słońce powoli znów wschodzi nad zaspanym miastem
[03:21.86] *Czwarta rano piętnaście siedzę piszę i nie zasnę*
[03:24.61] Bo każdy mędrzec jest czasem zwykłym głupcem
[03:27.35] A słowa największego z mówców bywają puste
[03:29.60] Nim urwie się mój hejnał i bezpowrotnie usnę
[03:32.36] Układam na bitach mój własny świat jak puzzle
[03:34.89] Nie słucham rad tych którzy mówią że czas zawracać
[03:37.88] Come on feel it – tą samą drogą – mijają lata
[03:40.38] Puzzle, niby je znasz – dobrze wiesz kto je ułożył
[03:43.39] Życie jest walką – od dnia moich narodzin
